Jump to content

net4game

The most innovative GTA: San Andreas Multiplayer Role Play server

Photo
- - - - -

Emilio "El Nueve" Delgado


  • Please log in to reply
No replies to this topic

#1 Rotin4 13/12/2018 - 14:38

Rotin
  • Gracz
WIADOMOŚĆ OOC : Siemano. Piszę drugi raz tą biografie z prostego powodu - uważam, iż tamta ukazuje moją postać w zbyt kozackim świetle, patrząc, iż ma jak narazie tylko 26 lat. Poza tym, jest ona niedokładna i trochę chaotyczna. Ta biografia będzie nieco krótsza (przynajmniej takie jest założenie), będzie się też różnić mocno od starej, mam nadzieję, iż stworzyłem krótką lekturę, którą przyjemnie się czyta. 
 
 
 
Dziewiąty wrzesień, rok 1992. Na świat zawitał nowy, meksykański dzieciak, skazany z górę na porażkę przez inne, bogatsze dzieciaki jak i ich starszych. Do 7 roku życia mieszkałem w getcie w Tlapie - niedużej miejscowości położonej na południu kraju. Do tamtego czasu bawiłem się z dzieciakami i żyłem spokojnie. Mój ojciec był piekarzem, więc o jedzenie nie musiałem się martwić, a raczej nie musiałbym się martwić, gdyby nie to, że chleb piekł z tego, co miał pod ręką, dla przykładu nieraz wpierdalałem kajzerkę, która wypieczona była z.. w sumie, do teraz nie wiem z czego to było. Nie chciałem pytać ojca, jadłem zawsze grzecznie to, co mi przygotował. Nie chciałem sprawić mu przykrości. W moim towarzystwie - szacunek do rodziców to podstawa podstawy. Wjeżdżałeś komukolwiek na rodzinę? Jesteś kurwa nikim.
 
 
 
4 kwietnia, rok 2000. Miałem chyba wtedy z osiem lat. Daty nie pamiętam, wiem, że był chyba koniec marca. Rodzice mówili mi, od kilku dni, abym spakował swoje najpotrzebniejsze rzeczy. Oznajmili mnie, iż lecimy do Ameryki. Wiele słyszałem o tym miejscu, lecz niewiele wiedziałem. Płynęliśmy promem, zapakowany był różnymi kontenerami. Można też było zobaczyć od czasu do czasu szczura, przebiegającego od kąta, do kąta. Mój tato najwyraźniej dobrze znał się z "szefem tej łajby". Często chodził do jego kajuty. Mama była szczęśliwa - to najważniejsze. Powtarzała mi, że dostanę wymarzone zabawki, które pokazywałem jej kilka miesięcy temu w gazetce, którą znalazłem na ulicy. Jednym słowem - napawałem się optymizmem, słysząc o tej "Ameryce".
 
 
 
7 lipca, rok 2000. Już ponad tydzień po skończeniu roku szkolnego. Nie lubię nowej szkoły, nauczyciele są w stosunku do mnie oschli, czuję, jakby traktowali mnie przez pryzmat tego, że jestem emigrantem. Przynajmniej znalazłem paczkę kumpli, która podobnie jak ja - są z Meksyku. Żyją tu od urodzenia, pomogli mi się oswoić z tym wszystkim. W najbliższy weekend chcą wyskoczyć na jakieś piwo. W sumie, czemu nie. Rodzice będą szczęśliwi, że znalazłem kumpli. A co do rodziców... Są szczęśliwi jak nigdy. Ojciec nie jest już piekarzem - pracuje w barze, który jest dwie przecznice od naszego domu. Mieszkamy w małym domku na ulicy El Corona, ale i tak jest to bardzo ładny, przytulny domek.
 
 
 
2 styczeń, rok 2002. Moi hombres - gdyż tak na siebie wołamy, zapoznali mnie ze starszymi kumplami. Są dość podejrzliwi i unoszą się sporą pychą w stosunku do nas, lecz da się to przełknąć. Ostatnio, proponowali mi żebym poroznosił trochę mety w ich imieniu po ulicach czarnuchów. Chyba się zgodzę, lecz nie mam pewności. Boję się tych ulic. Sporo się słyszy, że bujają się tam najgorsi z najgorszych. Rodzice nie byli zadowoleni, że przychodzę późną porą. Miałem też chujowe oceny, ale zapewniałem ich, że poprawie je wszystkie do końca semestru. Udało mi się to.
 
 
 
10 marca, rok 2006. Sporo się zmieniło od ostatniego czasu. Teraz mam ksywę "Dziewiątka", lub "Nueve", w zależności od tego, kto do mnie nawija. Wzięło się to od paru czynników. Na przykład - data. Dziewiąty wrzesień zobowiązuje, co nie?
Mniejsza o to. Od teraz roznoszenie mety to dla mnie normalka. Niedawno zaproponowali mi handel bronią. Wszedłem w to bez żadnych pytań. Sam jeszcze nie mam gnata, Cobra - gdyż tak nazywa się szef szajki, mówi że na broń nie zasłuży byle ese, co nie jest zaufany. Być może ma rację. Matka wraz z ojcem są w stosunku do mnie coraz bardziej podejrzliwi. Zlewam to, ale udaję grzecznego chłopca i przepraszam jak coś odpierdolę. 
 
 
 
9 wrzesień, rok 2011. 19 urodziny. Wiedziałem, że to nie obejdzie się bez echa na ośce. Moi starsi ogarnęli mi naukę u tutejszego tatuażysty, gdyż w ostatnim czasie zajarałem się tym, a oni to podłapali. Zajebisty prezent. Lekcje mam co najmniej 2 razy w tygodniu. Co do moich hombres... Chudy Javi ogarnął mi dziwkę. Zrobiła mi taką lache, jakiej nie zrobiła mi jeszcze żadna suka w mojej budzie. Manu dał mi portfel jakiegoś frajera z centrum. Spoko prezent, zawsze kilka banknotów do przodu. Hector zaś, powiedział że postara się ogarnąć mi prace w jednym z barów w Idlewood. Poznam dzięki temu paru czarnuchów i zarobie trochę mamony. Lecz najlepszym prezentem obdarował mnie Cobra. Ofiarował mi swoją PCJ'te. Ten motor był znany w całej El Coronie, a nawet na Idle. Poza tym, powiedział, że w najbliższym czasie postara się ogarnąć mi jakiegoś gnata. Byłem wniebowzięty! 
 
 
 
28 maj, rok 2013. Nie jestem już anonimowym Loco na ośce. Ba, na Idle większość tych łajdaków zna "Dzięwiątkę"! Ostatnio sporo podejrzanych wozów łajdaczy się po El Coronie. Nie wiem, czy warto tu zostawać. W międzyczasie, wyprowadziłem się od rodziców jakoś w 2012. Mieszkam wraz z innymi Loco przecznice dalej. Starsi pewnie skapnęli się, że coś kombinuje. Ale wynagradzam im to - co jakiś czas przysyłam im gotówkę. Mówią, że to niepotrzebne, ale jej nie odsyłają. W przyszłości mam zamiar rzucić tą gangsterkę w pizdu. Powoli mnie to nuży. Mam zamiar otworzyć własny zakład z dziarami. Lata nauki, a raczej dwa... Tak czy inaczej, nie poszło to na marne.
 
 
 
5 października, 2014. Prawie miesiąc po moich 20 urodzinach. Wyszedłem elegancko na ośkę, żeby wraz z ziomami spić browca, pomajstrować coś przy low-riderach, ogólnie - zabić nudę. Ale nagle podjechało auto... To wszystko działo się tak szybko... Gdy widziałem że gość ma fioletową bandanę, a w ręku trzyma TEC'a, już wiedziałem, co się kroi. Jako jedyny z paczki zauważyłem ich, gdy spostrzegłem, że zaczynają mierzyć - pociągnąłem kumpla - Hectora (Tak. To ten sam, który załatwił mi robotę) za łachy i razem schowaliśmy się w za murkiem. Nie zauważyli nas, pojechali dalej siać zamęt na El Coronie. Miałem wtedy w kieszeni gnata... Nie wyciągnąłem go. Spierdoliłem w alejkę z kumplem. Oboje byliśmy zesrani jak chuj. Do tego czasu, myślałem że jestem gangsterem. Tylko mi się zdawało... Jakoś pół godziny po tym zajściu, wyszliśmy z alejki i zaczęliśmy ogarniać co i jak z naszymi. Wymyśliliśmy historyjkę o tym, że byliśmy akurat ogarniać Hectorowi jego Esperanto, gdy nagle usłyszeliśmy strzały. Po uspokojeniu moich eses, którzy byli wkurwieni, że te fioletowe gówna wleciały na nas z przyczajki, udałem się do domu moich rodziców. Gdy zbliżyłem się do niego, zauważyłem podziurawione okna, sąsiadkę oraz mojego mentora, tatuażystę. Łzy stanęły mi w oczach. Nie zważając na to, co nawija do mnie Hernan, nauczyciel, wbiegłem do chaty. W salonie zauważyłem moich rodziców, byli cali we krwi... Hernan próbował mnie pocieszać - na marne. Zapowiedziałem zemstę, tym skurwysyńskim gównom...
 
 
 
8 stycznia, 2015 rok. Mam go. Śledziłem jego każdy ruch przez ostatnie tygodnie. Jestem niemal pewny, że wiem, kto zabił moich rodziców. Przesłuchałem paru ćpunów z Glen Parku. Gadali, że niejaki Blay jest ściśle powiązany z tą sprawą. Zapłaciłem jego prywatnej dziwce, żeby powiedziała mu, że ma przyjść o 22 w alejkę. Nie musze chyba mówić, że bez zastanowienia tam ruszył.
Godzina 21:57 - w umówionym miejscu stoi jakiś czarnuch. Wydzwania do kogoś, mówi poddenerwowanym głosem. Nie czaiłem tego, co nawija, bo gadał jakimś slangiem. Obserwowałem go jakieś 5 minut, po czym przystąpiłem do działania. Odbezpieczyłem gnata, wycelowałem... I oddałem, a jakże, 9 PIERDOLONYCH STRZAŁÓW. Po oddaniu ostatniego strzału, zamarłem w środku. Stałem w bezruchu przez kilka minut. Łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniała mi się scena, gdy znalazłem rodziców w salonie, całych we krwi... Całych we krwi, zupełnie jak teraz ten czarnuch... Odjechałem z powrotem na Corone, muszę się odizolować od tego gówna, przynajmniej na jakiś czas. To będzie dla mnie najbezpieczniejsza opcja.
 
 
 
2 luty, 2015 rok. Nie wytrzymam tu. Muszę wyjechać. To miejsce, ta ulica, wszystko, co jest tutaj, przypomina mi o tamtym gównie. Zajebanie tamtego śmiecia miało mi pomóc, przecież... przecież się kurwa zemściłem, tak jak to zapowiedziałem. Ale nie, to ani trochę nie pomogło. Jeszcze bardziej naryło mi w bani. Myślałem, że zabicie człowieka, a w dodatku takiego szczura, to będzie pikuś. Mocno się przeliczyłem. Bycie mordercą nie jest dla każdego...
 
 
 
6 luty, 2015 rok. Postanowione. Wyjeżdżam do San Fierro. W Santos nic mnie już nie trzyma. Mam tu tylko złe wspomnienia. Mam nadzieje, że nowe życie w San Fierro pozwoli mi na zapomnienie o... sami wiecie o czym.
 
 
 
14 czerwiec, 2018 rok. Pracuje aktualnie jako sprzątacz w fastfoodzie. Nikt nie podejrzewa, że gość który zmywa rzygi dzieciaków z podłogi kiedyś ukatrupił człowieka. Mam sporo siana, myślałem o powrocie do Santos, ale nie wiem czy to najlepszy pomysł. W najbliższych dniach wszystko się okaże.
 
 
 
22 listopada, 2018 rok. Ech... Co by tu dużo mówić. Witam, Los Santos... Ponownie.
 
 
WIADOMOŚĆ OOC #2 : No cóż. Miało to wyjść krócej niż poprzednio, ale nie pykło. Tak czy inaczej, zapraszam do ocenienia tej biografii. Jeśli dobrze się przyjmie, to na bieżąco będę aktualizował. Pozdro!
 

 


  • Back to top
    • -1




0 user(s) are reading this topic