Jump to content

net4game

The most innovative GTA: San Andreas Multiplayer Role Play server

Photo
* * * * * 1 votes

Sue Leighton


  • Please log in to reply
4 replies to this topic

ZivciO2298 13/11/2016 - 18:24

ZivciO
  • Gracz

*
POPULAR

giphy.gif

Sue Leighton

Spoiler

 
Dzieciństwo - okres mojego życia, o którym rzadko i niechętnie mówię przez wydarzenia, które zrujnowały moje życie. 
  Pamiętam tamten dzień jak dziś. piętnastoletnia, spokojna szatynka siedząca w drugiej ławce zupełnie sama. Tak to ja. Siedziałam tamtego dnia wpatrzona w spływające po szybie jesienne krople deszczu, tak jak łzy, które spływały po moich policzkach poprzedniego wieczoru. Zanurzona we własnych myślach, byłam już gdzieś w domu - w domu, którego tak na prawdę nigdy nie miałam. Ale po kolei..
 
  Wychowywałam się na obrzeżach Saint Paul w stanie Minnesota w małym, białym szeregowcu wraz z mamą i.. Josh'em. Człowiekiem, przez którego moje dzieciństwo legło w gruzach. 
 Nigdy nie darzył mnie jakimikolwiek uczuciami.. W sumie vice versa. Josh jednak nie był moim Ojcem. Ba!.. Nawet nigdy nie starał się mi go zastąpić. Pracował do późna gdzieś w porcie po drugiej stronie miasta. A mama? Miała na imię Rose była dentystką, pracowała w swoim gabinecie znajdującym się parę minut od naszego domu. Nie pamiętam dnia, w którym poszłabym prosto do domu - nie chciałam TAM wracać - nie gdy był w nim Josh. zawsze wracając ze szkoły, przychodziłam do mamy, czekając aż ta wypuści z gabinetu ostatniego pacjenta. Czas z mamą mijał mi bardzo szybko. Nim się obejrzałam, opuszczałyśmy wspólnie budynek stomatologii, idąc rozświetloną na żółto blaskiem latarni ulicą prowadzącą w kierunku białego szeregowca.

   Stając tuż przed drzwiami, wiedziałam, że przekraczając próg domu, wszystko odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni. 
Przełykając ślinę ze zwieszoną głową w dół, mama otworzyła drzwi, wpuszczając mnie przodem, sama zaś jednak niepewnie - zupełnie jakby nie chciała tam wchodzić - przekroczyła próg domu, zamykając za sobą drzwi najciszej jak się tylko da. W domu nie paliło się żadne światło, prócz tego, dochodzącego z salonu. Zerknęłam tylko ukradkiem w tamtą stronę, widząc siedzącego przed telewizorem Josh'a trzymającego w ręku szklankę z jakimś nieznanym mi wtedy alkoholem. Odwrócił swoją głowę w naszym kierunku, po chwili wstając z fotela. W tym samym momencie na swych ramionach poczułam dłonie mamy, które delikatnie popchnęły mnie w kierunku schodów prowadzących na górę. Nie zastanawiając się długo, wbiegałam stopień po stopniu do góry, zostawiając na nich mokre od deszczu ślady odbitych na drewnianych stopniach. Nim wbiegłam do pokoju,
słyszałam wrzaski Josh'a dobiegające z dołu.
 
Po policzkach zaczęły spływać łzy, które przemierzając w dół przez moją dziecięcą twarz, skapywały na podłogę. Położyłam się na łóżku przeczekując kolejny koszmarny wieczór. Dźwięk rozbijających się o podłogę talerzy, przesuwanych mebli, krzyki.. To przerażające dźwięki, rozbrzmiewały w moich uszach każdego wieczora; pomimo, że chciałabym ich w ogóle nie słyszeć. Po kilku albo.. Kilkunastu minutach? Nie mam pojęcia, gdyż każda minuta znacząco się wydłużała. Wszystko ucichło.. Zupełnie jak po burzy. Nagły trzask drzwi frontowych, skierował mnie odruchowo w stronę okna. Zeskoczyłam więc z łóżka podbiegając do jednego z okien znajdujących się w moim pokoiku, przez które ukradkiem zerkałam w stronę podjazdu na którym stał zaparkowany samochód Josh'a. Moją uwagę jednak przyciągnęła postać przechodząca na drugą stronę ulicy, idąca chwiejnym krokiem w stronę centrum Saint Paul. Tak - był to nie kto inny jak Josh; we własnej osobie.. Usłyszałam wówczas uginającą się klamkę w drzwiach mojego pokoju.. Odwróciłam gwałtownie głowę w stronę drzwi w których ujrzałam mamę. Miała poszarpane ubrania, zaczerwienione policzki oraz rozciętą dolną wargę. Bez zastanowienia rzuciłam się jej w ramiona, a gdy ona objęła mnie swoimi trzęsącymi się rękami, momentalnie zaczęłyśmy płakać. Bezradnie zsunęła się wraz ze mną w dół wzdłuż futryny. 
 
Dzisiejsza noc, zaliczała się do kolejnych, niespokojnych i.. Nieprzespanych nocy. Oczy zamknęłam zaledwie na dwie; no.. może trzy godziny. Ale co to zmienia? Zupełnie nic.. Otworzyłam je nad ranem; były ciężkie, pozbawione wszelkiej radości, którą miały dzieci w moim wieku. Ku mojemu zdziwieniu obudziłam się w łóżku. Drzwi do pokoju były uchylone, a ja słyszałam jedynie niewyraźne słowa wypowiadane z drugiego pokoju, przez szloch Mamy. Dyskretnie wstałam z łóżka, kierując się w stronę drzwi które uchyliłam jeszcze bardziej. Ze słów jak i samego "monologu" wynikało , że mama rozmawia z kimś przez telefon. Przesuwając się wzdłuż ściany na korytarzu, ukradkiem zbliżałam się do jej sypialni. Drzwi miała delikatnie uchylone, więc zerknęłam do środka. Siedziała na podłodze trzymając nogi podciągnięte do piersi trzymając telefon przy uchu. Uchyliłam drzwi jak tylko mogłam, stając w drzwiach ze łzami w oczach. Nasz wzrok spotkał się niespodziewanie szybko. Mama odstawiła telefon od ucha, kończąc rozmowę jednym słowem.. "oddzwonię". Otarła oczy, które były niemalże czerwone od ciągłego płaczu. Uśmiechnęła się do mnie wyciągając ręce w moim kierunku; i wiem, że to był zupełnie nic nie znaczący, wymuszony uśmiech.. Wtuliłam się w nią szepcząc tylko dwa słowa do jej ucha.. "Kocham Cię"
 
giphy.gif

 

Mijają kolejne dni.. Dni jak każde inne; przynajmniej dla nas. Zaczęłam opuszczać lekcje. I to nawet te, które choć na moment próbowały odciągnąć myśli od tego co dzieje się za każdym razem gdy jestem w domu. Zajęcia plastyczne zmieniały tą smutną, przygnębioną domowymi problemami dziewczynkę w zupełnie inne dziecko. Jednak zbiór tych wszystkich wydarzeń w ostatnich dniach, nie pozwalał mi na takie po prostu zapomnienie..

 

Wyszłam z domu około godziny 9:30, pół godziny przed zajęciami plastycznymi, na które chodziłam co sobotę. No właśnie.. Chodziłam. Nie było w planie nawet spojrzeć w kierunku w którym chodziłam na te zajęcia. Gdy tylko minęłam kilka domów, odwróciłam się za siebie czy nikt za mną nie idzie i skręciłam w przeciwnym kierunku niż budynek, w którym odbywały się zajęcia. Poszłam w stronę parku, do którego ostatnio zaczęłam chodzić praktycznie codziennie. Park mieścił się około 15-20 minut od naszego domu. Przesiadywałam tam około godziny; zwykle tyle trwały zajęcia na które byłam zapisana. Czas dzisiaj wyjątkowo mi się dłużył, ale może to i dobrze. Zapatrzona w pływające po tafli wody łabędzie, postanowiłam wyjąć ze swojego malutkiego plecaczka mój notes do rysunków oraz kilka ołówków, które schowane miałam w piórniku. Z nudów, choć może bardziej z powodu strasznie wydłużającego mi się czasu, postanowiłam narysować jednego z łabędzi, który pływał dość blisko mnie. Wydaje mi się, że to właśnie tutaj zapomniałam o wszystkich problemach, które ostatnio mnie otaczały. 

 

Śledząc każdą kreskę którą pociągałam wraz z ruchem ołówka, rysowałam dalej. Od łabędzia, który przykuł moją uwagę na samym początku, aż po psa, który bawił się właśnie ze swoim Panem nieopodal mnie. Młodziutki, żywiołowy Golden Retriver, którego zabawa mogłaby trwać wieczność. Wpatrzona w młodziutkiego Goldena, pływające po stawie łabędzie i cały park, który mnie otaczał, straciłam rachubę czasu.. Gdy tylko skończyłam rysować, spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 13:50.. Szybko zebrałam swoje graty i udałam się w kierunku domu. Wychodząc już na róg ulicy przy której mieszkaliśmy, zauważyłam stojącą karetkę na naszym podjeździe. Serce stanęło mi w gardle.. Bez zastanowienia ruszyłam ile tylko sił w nogach w kierunku świecących naprzemiennie sygnałów świetlnych dochodzących z ambulansu. Przed domami stali nasi sąsiedzi, wpatrując się w otwierające się drzwi naszego domu, przez które sanitariusze wynosili mamę na noszach. Ze łzami w oczach podbiegłam do nich, łapiąc mamę za chłodną, bladą i pozbawioną jakiejkolwiek siły dłoń. Wtedy poczułam, że ktoś mnie od niej odciąga. Odwróciłam się do tyłu. Za zamazanym od łez obrazem widziałam Ciocie; siostrę Mamy - Juliet, która od razu mnie przytuliła mówiąc to, co powiedziałby chyba każdy w takiej sytuacji..

"Sue, posłuchaj Mamie nic nie będzie."

Choć wcale w to nie wierzyłam.. 

Drzwi do karetki zamknęły się, a chwile później rozbrzmiały syreny na całej dzielnicy. Chciałam się wyrwać.. Wyrwać z objęć Cioci Juliet i biec w stronę odjeżdżającego ambulansu. Bezskutecznie..

 

 

original.gif

 

 

Czas zatrzymał się w miejscu.. Nieustanny szum w mojej głowie. Nieprzerwany płacz, rozmazujący obraz mijanych samochodów podążających ulicami naszego miasta. Siedząc na miejscu pasażera czułam wzrok Cioci na mojej zapłakanej twarzy.. Podążałyśmy w stronę szpitala, do którego zabrano Mamę. Czas dłużył się - i to cholernie! "Boże, niech to będzie kolejny zły sen!" - te myśli rozbrzmiewały w mojej głowie aż do momentu, gdy podjechaliśmy pod szpital pod którym stał ambulans który wiózł mamę. Otwierając drzwi samochodu, zupełnie zapomniałam o pasach, które zapięte były pomiędzy fotelami. W tym chaosie nie potrafiłam ich nawet odpiąć! W końcu pomogła mi ciocia. Wybiegłam z auta, podążając w stronę schodów potykając się na ich stopniach. Zupełnie na oślep.. Jakbym miała klapki na oczach trącałam ludzi stojących wewnątrz budynku. 

Panicznym wzrokiem wypatrywałam mamy błąkając się jak maleńkie dziecko we mgle. Podbiegła do mnie wtedy siostra mojej mamy, która położyła dłonie na mojej spanikowanej, rozpłakanej twarzy ocierając kciukami łzy, które leciały jedna za drugą, spływając swobodnie w dół bladych policzków aby finalnie upaść na ziemie, pozostawiając po sobie jedynie mokrą plamkę. 

Powtarzała tylko słowa, że wszystko będzie dobrze, żebym się uspokoiła - przez te słowa denerwowałam się jeszcze bardziej zaistniałą sytuacją. Ciocia nie dawała za wygraną, starając się mnie uspokoić. Trzęsłam się. Chwyciła mnie za prawą dłoń prowadząc w stronę szpitalnej rejestracji przy której stało dwóch lekarzy. Zapytani o moją mamę, od razu ich wzrok trafił na moją spanikowaną twarz, która chciałaby zapytać w tym momencie o wiele ale nie potrafiła. Stanęli z Ciocią kilka metrów dalej, dyskutując coś pomiędzy sobą. W końcu nie wytrzymałam i przerwałam te idiotyczne podchody - "Czy moja mama żyje?!" Wykrzyczałam. Wtedy podszedł jeden z lekarzy, przykucnął naprzeciw mnie pytając o moje imię, zaś gdy odpowiedziałam, ten powiedział mi że mama w tej chwili jest na badaniach, a jeśli chcę się z nią dziś zobaczyć, muszę cierpliwie zaczekać.

 

Cóż.. Co miałam zrobić? Mijały minuty.. kwadranse.. godzina - dwie.. W głębi korytarza widziałam tego samego lekarza, który ze mną rozmawiał gdy tylko się tu zjawiliśmy. Szedł pewnym krokiem w naszą stronę. Z wyrazu twarzy nie byłam w stanie nic wyczytać. Idąc przed siebie bacznie śledził mój wzrok. To były najgorsze sekundy w moim życiu. Wstałam, choć nogi miałam jak z waty, widząc że najgorsza wiadomość właśnie podąża w moim kierunku.. Podszedł do nas, kładąc swoją rękę na moim ramieniu, zaś drugą wskazał wzdłuż długiego korytarza, przez który chwile wcześniej stąpał swoje kroki. Spojrzałam mu w oczy marszcząc nieco brwi, nie wiedziałam co się dzieje. Uniósł na chwilkę kąciki ust, mówiąc:


- Chcesz zobaczyć się z mamą? 


Zabrakło mi słów, zaś w moich oczach tańczyły małe iskierki szczęścia. Nie odpowiedziałam nic, jedynie kiwając twierdząco głową. Doktor Scott - bo tak miał napisane na identyfikatorze - odpowiedział mi następująco:


- Tylko nie za długo, mama musi teraz odpoczywać. I nie płacz już. 

 

Podążaliśmy wraz z Ciocią za Panem Scott'em, który otworzył drzwi do jednej z sal na środku której znajdowało się jedno łóżko na którym leżała mama. Miała zamknięte oczy, była podłączona do jakiegoś sprzętu medycznego - nie znam się na tym. Niepewnym krokiem podeszłam do łóżka przy którym stał biały taboret na który usiadłam. Wpatrując się w jej twarz, chciało mi się płakać. Sine usta, powieki, zadrapania na twarzy. Miała kilka siniaków na rękach i rozcięty łuk brwiowy.. Stało się. Wodospad mych łez zalewał policzki, które momentalnie wtopiłam w kołdrę, którą była przykryta mama. 

 

giphy.gif

 

Mijały tygodnie. Stan mamy był nieco lepszy niż tamtego upiornego dnia, choć wcale mnie to nie cieszyło, gdyż od tamtej pory mama nie otworzyła oczu nawet na chwilę. Według ustaleń policji, Josh pobił moją Mamę gdy ja, zupełnie niczego nieświadoma, siedziałam w parku rysując jego piękno. Od tamtej pory nie chciałam wracać już nigdy do domu i szczerze nigdy już tam nie byłam. To miejsce przypominało mi o tym wszystkim co przeszłyśmy wspólnie z mamą. Mieszkałam u Cioci, która codziennie przywoziła mnie do szpitala zaraz po szkole, choć chciałabym siedzieć u mamy od rana do wieczora .Wiedziałam jednak, że nie mogę zawalić szkoły, zajęć plastycznych które i tak opuszczałam zbyt często. Nauczyciele jednak znali moją obecną sytuacje, która nie oszukujmy się - była fatalna. 

 

Do szpitala przynosiłam różne rzeczy. Od rysunków, które rysowałam na zajęciach, po książki, które chętnie czytałam mamie, mimo iż wiedziałam, że mnie nie słyszy. Prace domowe odrabiałam na skraju szpitalnego łóżka. Czasem w pracach pomagał mi doktor Scott, którego poznałam pierwszego dnia. Świetny z niego nauczyciel, wiele mi wyjaśnił dlatego z czasem prace odrabiałam samodzielnie bez większych problemów.

W piątek po ostatnich lekcjach miałam ich dosyć sporo, więc gdy tylko usiadłam na taborecie przed łóżkiem, rozłożyłam zeszyty na łóżku. Co jakiś czas spoglądałam na mamę, mając nadzieje, że otworzy oczy i spojrzy w moim kierunku. Tak jednak się nigdy nie zdarzyło. Kontynuowałam odrabianie pracy domowej z matematyki, gdy nagle ujrzałam, że palce lewej dłoni mamy, delikatnie się poruszyły. Wyprostowałam się, spoglądając na jej twarz, po czym z powrotem na dłoń. Serce mi mocniej zabiło. Czekałam z niecierpliwością na kolejny ruch, jednak takich już nie zauważyłam. Stwierdziłam więc, że po prostu mi się przywidziało - niestety. Zeszyt przesunęłam pod jej rękę, tak aby w razie czego, widzieć ponownie jej ruch. Po kilku minutach, mały palec tej samej ręki lekko się poruszył.  Czy to znowu kolejne przywidzenie z tęsknoty? Nie! Poruszyły się kolejne palce, które przesunęły się w stronę mojego zeszytu, następnie w bezruchu zatrzymały się na nim gdy tylko go dotknęły. Wybiegłam z sali jak szybko to możliwe, biegnąc w stronę gabinetu mojego ulubionego doktora - Pana Scotta!
 


Edited by ZivciO, 11/12/2018 - 18:29.

  • Back to top
    • 12

Chmurka2940 13/11/2016 - 18:28

Chmurka
  • Gracz

Czytając przedpremierowo początek już czułam, że to będzie coś mocnego.

 

Czekam na więcej!  B)


  • Back to top
    • 0

Profesor Niczego30 13/11/2016 - 18:55

Profesor Niczego
  • Gracz

Jak umrę ze znudzenia przy pisaniu biografii Matthew'a i dostania w dodatku reputacji na minusie, to możecie mnie szukać w grobie.

P.S. good.


Edited by LeK, 13/11/2016 - 19:22.

  • Back to top
    • 0

ZivciO2298 05/09/2017 - 15:32

ZivciO
  • Gracz

Drobna aktualizacja, w nieco innej formie. :P


  • Back to top
    • 0

ZivciO2298 22/11/2018 - 21:52

ZivciO
  • Gracz

giphy.gif

aktualizacja 22.11.2018
 

Mijały tygodnie. Stan mamy był nieco lepszy niż tamtego upiornego dnia, choć wcale mnie to nie cieszyło, gdyż od tamtej pory mama nie otworzyła oczu nawet na chwilę. Według ustaleń policji, Josh pobił moją Mamę gdy ja, zupełnie niczego nieświadoma, siedziałam w parku rysując jego piękno. Od tamtej pory nie chciałam wracać już nigdy do domu i szczerze nigdy już tam nie byłam. To miejsce przypominało mi o tym wszystkim co przeszłyśmy wspólnie z mamą. Mieszkałam u Cioci, która codziennie przywoziła mnie do szpitala zaraz po szkole, choć chciałabym siedzieć u mamy od rana do wieczora .Wiedziałam jednak, że nie mogę zawalić szkoły, zajęć plastycznych które i tak opuszczałam zbyt często. Nauczyciele jednak znali moją obecną sytuacje, która nie oszukujmy się - była fatalna.



Do szpitala przynosiłam różne rzeczy. Od rysunków, które rysowałam na zajęciach, po książki, które chętnie czytałam mamie, mimo iż wiedziałam, że mnie nie słyszy. Prace domowe odrabiałam na skraju szpitalnego łóżka. Czasem w pracach pomagał mi doktor Scott, którego poznałam pierwszego dnia. Świetny z niego nauczyciel, wiele mi wyjaśnił dlatego z czasem prace odrabiałam samodzielnie bez większych problemów.


W piątek po ostatnich lekcjach miałam ich dosyć sporo, więc gdy tylko usiadłam na taborecie przed łóżkiem, rozłożyłam zeszyty na łóżku. Co jakiś czas spoglądałam na mamę, mając nadzieje, że otworzy oczy i spojrzy w moim kierunku. Tak jednak się nigdy nie zdarzyło. Kontynuowałam odrabianie pracy domowej z matematyki, gdy nagle ujrzałam, że palce lewej dłoni mamy, delikatnie się poruszyły. Wyprostowałam się, spoglądając na jej twarz, po czym z powrotem na dłoń. Serce mi mocniej zabiło. Czekałam z niecierpliwością na kolejny ruch, jednak takich już nie zauważyłam. Stwierdziłam więc, że po prostu mi się przywidziało - niestety. Zeszyt przesunęłam pod jej rękę, tak aby w razie czego, widzieć ponownie jej ruch. Po kilku minutach, mały palec tej samej ręki lekko się poruszył. Czy to znowu kolejne przywidzenie z tęsknoty? Nie! Poruszyły się kolejne palce, które przesunęły się w stronę mojego zeszytu, następnie w bezruchu zatrzymały się na nim gdy tylko go dotknęły. Wybiegłam z sali jak szybko to możliwe, biegnąc w stronę gabinetu mojego ulubionego doktora - Pana Scotta!


Edited by ZivciO, 22/11/2018 - 21:53.

  • Back to top
    • 0




0 user(s) are reading this topic